Przejdź do treści

Marynarka wojenna USA ponownie używa zapomnianej broni: ten pocisk powrócił, imponując zasięgiem i precyzją, których obawiają się wszyscy.

Mężczyzna w mundurze przygotowuje pocisk przy skrzydle samolotu na pokładzie lotniskowca.

Co wisiało pod jego myśliwcami, wprawiło analityków w osłupienie.

Podczas napiętej wiosny nad Morzem Czerwonym i Jemenem amerykańskie myśliwce pokładowe US Navy F/A‑18 Super Hornet po cichu przenosiły broń, którą wielu uważało za zmierzającą ku wycofaniu: AGM‑84H/K SLAM‑ER. Przez lata przyćmiewany przez nowsze pociski manewrujące i drony, ten precyzyjny pocisk uderzeniowy nagle ponownie znalazł się w centrum ryzykownej kampanii powietrzno‑morskiej.

Stary pocisk wraca na pierwszą linię

W kwietniu 2025 r. zdjęcia wykonane podczas tankowania w powietrzu nad Morzem Czerwonym pokazały Super Hornety z lotniskowca USS Harry S. Truman podłączone do tankowca KC‑135. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na rutynową misję. Bliższe spojrzenie na wewnętrzne pylony podskrzydłowe zdradzało jednak zupełnie inną historię.

Podwieszone pod samolotami były pociski SLAM‑ER - widok rzadki w ostatnich amerykańskich operacjach. Zaprojektowany pod koniec lat 90. jako precyzyjna broń do rażenia z dystansu, SLAM‑ER łączy zasięg pocisku manewrującego z możliwością sterowania w czasie rzeczywistym przez załogę. W epoce zdominowanej przez drony jednokierunkowe i całkowicie zaprogramowane wcześniej pociski manewrujące takie „ręczne” podejście budziło zdziwienie.

Marynarka wojenna USA po cichu przywróciła pocisk, którym piloci mogą sterować w ostatnich sekundach lotu, nawet gdy znajduje się on setki kilometrów od celu.

Według specjalistów analizujących materiały zdjęciowe pociski niemal na pewno wykorzystano przeciw celom Huti w Jemenie, gdzie siły rebelianckie atakowały żeglugę w cieśninie Bab al‑Mandab przy użyciu dronów, przeciwokrętowych pocisków rakietowych i min. To środowisko jest zatłoczone, sporne i politycznie wybuchowe - dokładnie takie pole walki, na którym kontrolowana broń precyzyjna może mieć większe znaczenie niż sam zasięg.

Narzędzie precyzyjnego uderzenia stworzone do „chirurgicznych” trafień

SLAM‑ER (Standoff Land Attack Missile – Expanded Response) to odpalany z powietrza pocisk manewrujący wywodzący się z przeciwokrętowego Harpoona. Zamiast prostego radiolokacyjnego układu naprowadzania Harpoona zastosowano zaawansowane połączenie nawigacji GPS i obrazowania w podczerwieni, a następnie dodano dwukierunkowe łącze danych do samolotu.

Efektem jest pocisk, który może być prowadzony automatycznie przez większość trasy, a w końcowej fazie sterowany w czasie rzeczywistym.

Kluczowe cechy SLAM‑ER Wartość przybliżona
Maksymalny zasięg do 270 km
Prędkość poddźwiękowa (klasa pocisków manewrujących)
Naprowadzanie GPS + obrazowanie w podczerwieni
Sterowanie w końcowej fazie dwukierunkowe łącze danych do samolotu‑nosiciela
Dokładność rzędu kilku metrów

Ta kombinacja pozwala pilotom lub oficerom uzbrojenia obserwować obraz na żywo z głowicy naprowadzającej i korygować tor w ostatnich chwilach przed uderzeniem. Mogą wybrać, w którą stronę budynku trafić, ominąć cywilny pojazd wjeżdżający w rejon, albo przekierować broń na cel zapasowy, jeśli sytuacja się zmienia.

Zamiast „odpalić i liczyć, że wywiad się nie pomylił”, załogi mogą „poprowadzić” głowicę bojową wokół przeszkód pojawiających się w ostatniej chwili i ograniczyć straty uboczne.

Pocisk ma też relatywnie niewielką skuteczną powierzchnię odbicia radiolokacyjnego i leci na małej wysokości, co utrudnia wykrycie i przechwycenie przez obrońców dysponujących starszymi systemami przeciwlotniczymi.

Dlaczego ten pocisk zniknął z pola widzenia

SLAM‑ER nie jest nowością. Wszedł do służby pod koniec lat 90. i był używany w konfliktach takich jak Irak oraz we wczesnych fazach kampanii po 11 września. Jednak wraz z przesunięciem uwagi Pentagonu na systemy dalekiego zasięgu o mniejszej wykrywalności, pocisk spadł na liście priorytetów.

Nowsze uzbrojenie - AGM‑158 JASSM, jego wariant o zwiększonym zasięgu JASSM‑ER oraz przeciwokrętowy LRASM - zapewniało znacznie większy zasięg, cechy obniżonej wykrywalności i zaawansowane autonomiczne wskazywanie celów. Na papierze wyglądały na lepiej dostosowane do przyszłych wojen przeciw silnie bronionym przeciwnikom, takim jak Chiny czy Rosja.

Dokumenty budżetowe z ostatnich lat nie wskazywały na znaczące nowe zakupy SLAM‑ER. Dla wielu analityków broń ta wydawała się zmierzać ku cichej emeryturze, a pozostałe zapasy miały być przeznaczone do niszowych zadań lub dla klientów sojuszniczych.

Kampania Huti przeciw żegludze w rejonie Bab al‑Mandab zmieniła tę kalkulację. Mieszanka zagrożeń w tym obszarze - mobilne radary, improwizowane wyrzutnie, ruch cywilny i systemy bezzałogowe - stworzyła zapotrzebowanie na pocisk, który da się przekierować w locie, a nie tylko zaprogramować przed startem.

Zatłoczony „arsenał” na pokładzie Truman

Rozmieszczenie pokazało też, jak SLAM‑ER wpisuje się w szerszy pakiet uderzeniowy. Super Hornety z USS Harry S. Truman fotografowano z:

  • bombami szybującymi AGM‑154 JSOW naprowadzanymi GPS do uderzeń w cele stałe,
  • bombami JDAM z głowicami penetrującymi do twardych bunkrów,
  • pociskami krótkiego zasięgu AIM‑9X oraz AMRAAM‑ami do osłony powietrze‑powietrze,
  • zasobnikami celowniczymi ATFLIR do wykrywania i identyfikacji celów.

Warianty walki elektronicznej EA‑18G Growler miały podobno latać w pobliżu z przeciwradiolokacyjnymi pociskami AARGM, polując na radary przeciwnika. W tej złożonej mieszance SLAM‑ER wypełnia niszę precyzyjnego, kontrolowanego przez załogę uderzenia z średniego dystansu.

Misja realizowana pod maksymalną presją

Geografia Bab al‑Mandab czyni tego typu operacje bezlitosnymi. Cieśnina ma zaledwie około 30 km szerokości w najwęższym miejscu i jest zapchana żeglugą handlową. Pogoda potrafi szybko się zmieniać, a lądowe zagrożenia znajdują się blisko szlaków.

Doniesienia z operacji wspominają o utracie trzech Super Hornetów podczas kampanii: jednego w wyniku ostrzału własnego, jednego uszkodzonego w kolizji ze statkiem handlowym oraz kolejnego utraconego w silnej burzy piaskowej. Incydenty te podkreślają, jak niebezpieczny pozostaje ten rejon - nawet dla świetnie wyszkolonych załóg dysponujących nowoczesnym sprzętem.

W tym kontekście posiadanie pocisku, który pozwala załodze podejmować decyzje w ostatniej chwili z bezpiecznej odległości, daje przewagę zarówno psychologiczną, jak i praktyczną.

Jak SLAM‑ER wypada na tle „nowej generacji”

Na tle nowoczesnych pocisków manewrujących SLAM‑ER wygląda skromnie. JASSM‑ER może razić cele z kilkukrotnie większej odległości. LRASM jest zoptymalizowany pod złożone starcia morskie - potrafi „przesiać” gęste ugrupowania i wybrać właściwy okręt. Niektóre państwa dysponują już bronią hipersoniczną lecącą wielokrotnością prędkości dźwięku.

To, co oferuje SLAM‑ER, jest mniej nośne medialnie, ale wciąż wyjątkowe: ręczne sterowanie w końcowej fazie. Ani JASSM, ani LRASM nie pozwalają pilotowi sterować pociskiem w ostatnich sekundach w ten sam sposób. W scenariuszach takich jak uderzenia w terenie zurbanizowanym przeciw poruszającemu się pojazdowi lub wyrzutni zaparkowanej blisko infrastruktury cywilnej, ten kompromis ma znaczenie.

W najbardziej wrażliwych misjach możliwość przerwania ataku albo odgięcia toru od nieoczekiwanego postronnego bywa warta więcej niż kolejne kilkaset kilometrów zasięgu.

Dlatego pocisk pozostaje w amerykańskich zapasach - nawet jeśli w ograniczonej liczbie - i dlatego jego nagłe pojawienie się nad Jemenem przyciągnęło tyle uwagi w kręgach obronnych.

Dyskretny faworyt wśród sojuszników USA

Choć Waszyngton spowolnił nowe zakupy, kilku partnerów USA nadal eksploatuje SLAM‑ER. Państwa takie jak Arabia Saudyjska, Korea Południowa, Turcja, Tajwan i Zjednoczone Emiraty Arabskie zintegrowały go ze swoimi F‑15, F‑16 lub F/A‑18.

Dla tych sił powietrznych pocisk stanowi sposób na rażenie celów wysokiej wartości - stanowiska dowodzenia, radiolokatora czy mobilnej wyrzutni - bez przelotu bezpośrednio nad silnie bronionym obszarem. Umożliwia też atakowanie celów morskich lub przybrzeżnych, pozostając poza zasięgiem wielu starszych systemów przeciwlotniczych.

W regionach z gęstą zabudową miejską i spornymi liniami brzegowymi taka równowaga kontroli i dystansu ma duży urok. Rozmieszczenie w rejonie Jemenu prawdopodobnie wzmocni zaufanie obecnych użytkowników, nawet jeśli linie produkcyjne pozostaną wygaszone.

Broń u schyłku kariery, która nadal ma znaczenie

W US Navy historia SLAM‑ER coraz bardziej przypomina późny powrót do formy. Nie widać publicznie dużych nowych kontraktów, a pozostałe zapasy są ograniczone. Mimo to pocisk właśnie udowodnił, że wypełnia realną lukę między „głupimi” bombami starszego typu a w pełni autonomicznymi pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu.

Dla planistów pozostaje pomostem między tradycyjnymi kampaniami lotniczymi a coraz bardziej opartymi na danych, sieciocentrycznymi uderzeniami lat 30. XXI wieku. Tak długo, jak będą istnieć misje wrażliwe i politycznie eksponowane, będzie miejsce na pocisk, który człowiek może prowadzić aż do ostatniego zakrętu.

Dlaczego broń „standoff” zmienia współczesne konflikty

SLAM‑ER należy do szerszej rodziny uzbrojenia „standoff”, zaprojektowanego tak, by samoloty mogły wykonywać uderzenia spoza zasięgu obrony przeciwlotniczej przeciwnika. Zamiast wchodzić w nurkowanie nad cel osłaniany przez rakiety i artylerię, myśliwce odpalają takie środki rażenia z odległości dziesiątek lub setek kilometrów.

Ta zmiana zmniejsza ryzyko dla pilotów i płatowców, ale przesuwa też odpowiedzialność: załogi i planiści potrzebują świetnego rozpoznania, precyzyjnych współrzędnych oraz jasnych zasad dotyczących strat ubocznych. Pocisk, który potrafi przesyłać obraz i przyjmować nowe instrukcje w locie, łagodzi część tej presji, dając dowódcom możliwość reagowania na szybko zmieniającą się sytuację w terenie.

Jak może wyglądać uderzenie SLAM‑ER w praktyce

Urzędnicy obronni często opisują typową misję w prostych etapach. Uzbrojony Super Hornet startuje z lotniskowca, otrzymuje bieżące dane rozpoznawcze z dronów i satelitów, a następnie leci w rejon granicy wrogiej przestrzeni powietrznej. Z bezpiecznej odległości załoga odpala SLAM‑ER w kierunku podejrzewanej wyrzutni pocisków w pobliżu nadmorskiej wioski.

W trakcie lotu pocisk podąża po punktach GPS. W pobliżu celu aktywuje się jego czujnik podczerwieni i zaczyna przesyłać obraz przypominający wideo. Oficer uzbrojenia dostrzega cywilną ciężarówkę poruszającą się blisko wyrzutni i koryguje punkt celowania na dalszą stronę obiektu albo przełącza się na cel zapasowy, jeśli pierwotne miejsce wygląda na puste.

Taki poziom kontroli nie wygląda efektownie na slajdach marketingowych, ale może przesądzić o różnicy między uderzeniem spełniającym ograniczenia polityczne a takim, które wywoła kryzys dyplomatyczny.

Ryzyka, ograniczenia i co dalej

Mimo swoich zalet SLAM‑ER nie jest cudownym rozwiązaniem. Jego poddźwiękowa prędkość daje nowoczesnej obronie przeciwlotniczej okno na reakcję. Jego zasięg - choć znaczący - jest skromny w porównaniu z bardzo dalekosiężnymi systemami wchodzącymi dziś do arsenałów. A każde łącze danych, które pozwala ludziom sterować pociskiem, może zostać potencjalnie zagłuszone lub zakłócone przez zdolnego przeciwnika.

Przyszłe konstrukcje zapewne połączą sterowalność znaną z SLAM‑ER z bardziej „niewidzialnymi” kształtami, większym zasięgiem i większą autonomią podejmowania decyzji. Niektóre prototypy testują już współpracujące sieci, w których drony, samoloty i pociski wymieniają dane z sensorów w czasie rzeczywistym, przekazując kontrolę między platformami w miarę ich przemieszczania się.

Zanim te systemy dojrzeją, US Navy odkurzyła sprawdzone, choć starzejące się narzędzie. W ciasnych i niebezpiecznych realiach Morza Czerwonego i Jemenu ten zapomniany pocisk po cichu przypomniał wszystkim, że czasem to stara broń - z ludzką ręką wciąż na sterach - jest tą, której dowódcy ufają najbardziej.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz