Przejdź do treści

Zbliżenie Tajlandii do Chin wystawia sojusz z USA na próbę.

Mężczyzna w garniturze przesuwa figurkę słonia, biurko z mapą i miniaturową flagą USA w tle.

For decades, Tajlandia pozostawała mocno w orbicie bezpieczeństwa Waszyngtonu, goszcząc amerykańskie samoloty, wspólne ćwiczenia i arsenał broni produkcji USA. Dziś jej pogłębiające się zbliżenie z Chinami zmusza amerykańskich planistów do przemyślenia założeń dotyczących dostępu, wpływów, a nawet planów wojennych na zachodnim Pacyfiku.

Od filaru zimnej wojny do ostrożnego „siedzenia na płocie”

Na papierze sojusz USA–Tajlandia wciąż wygląda imponująco. Oba państwa są formalnymi sojusznikami traktatowymi od lat 50. i regularnie prowadzą wspólne ćwiczenia, w tym długo organizowane manewry Cobra Gold, które przyciągają tysiące żołnierzy z całego regionu.

Tajlandia, wówczas znana jako Syjam, była pierwszym państwem azjatyckim, które podpisało traktat ze Stanami Zjednoczonymi w 1833 r. Podczas wojny w Wietnamie tajskie bazy były kluczowymi węzłami dla operacji USA. W 2003 r. Waszyngton nadał Bangkokowi status „głównego sojusznika spoza NATO” (major non-NATO ally) - etykietę dzieloną z bliskimi partnerami, takimi jak Izrael i Japonia.

To dziedzictwo może jednak wprowadzać w błąd. Choć dokumenty pozostają w mocy, polityczny instynkt w Bangkoku się zmienił. Tajscy przywódcy coraz swobodniej traktują sojusz z USA jako jedną z wielu opcji, a nie centralny filar swojego bezpieczeństwa.

Tajlandia wciąż nosi odznakę traktatowego sojusznika USA, ale jej strategiczne odruchy coraz wyraźniej skłaniają się ku Pekinowi.

Zmiana następowała stopniowo, napędzana gospodarką, polityką wewnętrzną oraz wahającą się uwagą Waszyngtonu wobec kontynentalnej Azji Południowo-Wschodniej.

Pekin wypełnia lukę po zamachu stanu w Tajlandii w 2014 r.

Dla wielu analityków punkt zwrotny nastąpił po wojskowym zamachu stanu w Tajlandii w 2014 r. Pucz zamroził dużą część współpracy bezpieczeństwa z USA, ponieważ amerykańskie prawo ogranicza pomoc wojskową dla reżimów, które przejmują władzę siłą.

Chiny szybko wykorzystały tę próżnię. Tajscy generałowie, nagle postawieni w dyplomatycznej defensywie wobec rządów zachodnich, znaleźli w Pekinie znacznie cieplejsze przyjęcie.

Kontrakty zbrojeniowe mówią same za siebie

Dane dotyczące handlu obronnego pokazują, jak zmieniła się równowaga:

  • W latach 2016–2022 chińska sprzedaż uzbrojenia do Tajlandii osiągnęła niemal 400 mln dolarów - około dwukrotnie więcej niż sprzedaż USA w tym samym okresie.
  • Pekin dostarczył tajskim siłom zbrojnym czołgi, pociski ziemia–powietrze, radary i inne wyposażenie.
  • Oba kraje pracują nad dostarczeniem pierwszego tajskiego okrętu podwodnego zbudowanego w Chinach - projektu, który budzi uniesione brwi w Waszyngtonie.

Waszyngton nadal prowadzi z Tajlandią bardziej zaawansowane ćwiczenia i pozostaje ważnym źródłem sprzętu z najwyższej półki. Jednak wzrost liczby chińskich systemów - oraz chińskich zespołów szkoleniowych - dał Pekinowi bardziej bezpośredni wpływ wewnątrz tajskiego korpusu oficerskiego.

Wraz z napływem chińskiej broni i techników amerykańscy planiści obawiają się, że w przyszłym kryzysie niegdyś niezawodne tajskie bazy mogą stać się politycznie niedostępne.

Pod znakiem zapytania: strategiczny dostęp

Dla Pentagonu Tajlandia nie jest tylko partnerem; jest też fragmentem geografii. Jej bazy leżą na kluczowych szlakach między Oceanem Indyjskim, Morzem Południowochińskim a zachodnim Pacyfikiem.

Jedno lotnisko - U‑Tapao nad Zatoką Tajlandzką - jest szczególnie cenne. Podczas wojny w Wietnamie stacjonowały tam ciężkie bombowce i samoloty rozpoznawcze. Dziś mogłoby służyć jako wartościowy przystanek dla sił USA operujących między Bliskim Wschodem a Azją Wschodnią albo wspierających misje w pobliżu Cieśniny Tajwańskiej.

Analitycy twierdzą obecnie, że Waszyngton nie może już zakładać dostępu do takich obiektów w napiętych scenariuszach - zwłaszcza tych, które dotyczą Chin bezpośrednio.

Amerykańscy urzędnicy coraz częściej oceniają, że Tajlandia raczej nie ugości sił USA w konflikcie o Tajwan, obawiając się zadarcia z Pekinem.

Powiązane opracowanie Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS) wskazuje, że Tajlandia jest również bardzo mało prawdopodobnym gospodarzem amerykańskich pocisków bazowania lądowego, których celem byłoby równoważenie Chin lub Korei Północnej. Ogranicza to opcje Waszyngtonu, gdy szuka on regionalnych miejsc rozmieszczenia nowych konwencjonalnych systemów rakietowych.

Obawy o wywiad i technologie

Istnieje jeszcze jedna warstwa niepokoju: bezpieczeństwo informacji. W miarę jak tajskie i chińskie siły szkolą się coraz ściślej, amerykańscy urzędnicy obawiają się wycieku wrażliwych danych do Pekinu.

Ta obawa miała wpływ na odmowę Waszyngtonu w 2023 r., by sprzedać Tajlandii F‑35 - najnowocześniejszy myśliwiec amerykańskich sił zbrojnych. Tajscy urzędnicy przyznali, że ich pogłębiające się więzi z Chinami prawdopodobnie ważyły na amerykańskiej decyzji.

F‑35 to coś więcej niż samolot; to latający hub danych. USA zwykle oferują go tylko tam, gdzie istnieje wysokie zaufanie, że technologia i szczegóły operacyjne pozostaną bezpieczne. W miarę jak tajskie elity coraz częściej angażują się we współpracę z chińskimi odpowiednikami, to zaufanie osłabło.

Powolne „rozsprzęganie” interesów

Eksperci think tanków opisują obecny kurs jako „rozsprzęganie” (decoupling) interesów strategicznych. Nie oznacza to zerwania relacji, lecz rozjazd priorytetów, który po cichu podkopuje współpracę.

Obszar Tradycyjne zbliżenie USA–Tajlandia Obecne napięcie lub dryf
Priorytety bezpieczeństwa Zwalczanie rebelii, stabilność regionalna, bezpieczeństwo morskie Bangkok bardziej skoncentrowany na stabilności reżimu i równoważeniu Chin
Uzbrojenie i technologie USA jako główny dostawca Rosnąca zależność od chińskich platform, mieszane floty
Dostęp do baz Relatywnie pewny w kryzysach Dużo mniej pewny w jakiejkolwiek konfrontacji z Chinami
Wymiana wywiadowcza Szeroka, lecz mało nagłośniona Ostrożność USA wobec systemów najwyższej klasy i wrażliwych danych

Nic z tego nie oznacza formalnego rozłamu. Cobra Gold wciąż odbywa się co roku. Amerykańskie okręty nadal zawijają do tajskich portów. Obie armie nadal często rozmawiają.

Jednak sufit tego, czym Waszyngton jest gotów się dzielić, i tego, co Bangkok jest gotów wspierać, wydaje się niższy niż kiedyś.

Waszyngton patrzy na wschód, Tajlandia patrzy na północ

Część problemu leży w Waszyngtonie. Od głośno zapowiadanego „Pivot to Asia” w 2011 r. amerykańska strategia uległa zawężeniu. Uwaga przesunęła się ku łańcuchowi wysp rozciągającemu się od Japonii, przez Tajwan, po Filipiny - miejscom uznawanym za najbardziej krytyczne w potencjalnej konfrontacji z Chinami.

To sprawiło, że kontynentalna Azja Południowo-Wschodnia, w tym Tajlandia, zaczęła czuć się pomijana. Pomoc USA oraz inicjatywy gospodarcze były bardziej nierówne i fragmentaryczne. Amerykańska polityka wewnętrzna utrudniała też utrzymanie długofalowych programów rozwojowych.

Tymczasem Bangkok widzi swoje interesy gospodarcze i polityczne coraz silniej związane z Chinami. Pekin jest najważniejszym partnerem handlowym Tajlandii i kluczowym inwestorem w infrastrukturę, turystykę i przemysł. Chińscy turyści i kapitał wypełniają tajskie hotele, parki przemysłowe oraz plany kolei dużych prędkości.

Z tajskiej perspektywy lawirowanie między Waszyngtonem a Pekinem nie jest luksusem, lecz strategią przetrwania w spornym regionie.

Minilateralne „kluby” spychają Bangkok na peryferie

Energia USA popłynęła także w kierunku formatów bezpieczeństwa w małych grupach, takich jak:

  • AUKUS (Australia, Wielka Brytania, USA) - skoncentrowany na okrętach podwodnych i zaawansowanych technologiach.
  • QUAD (USA, Japonia, Indie, Australia) - przedstawiany jako inicjatywa wokół bezpieczeństwa morskiego i ładu opartego na zasadach.
  • Zacieśnione trilaterale z Japonią i Koreą Południową w Azji Północno-Wschodniej.

Te układy w dużej mierze omijają kontynentalną Azję Południowo-Wschodnią. Filipiny zyskały nowe porozumienia bazowe i większą uwagę. Tajlandia - formalny sojusznik traktatowy - nie doczekała się porównywalnego „podniesienia rangi”.

Analitycy ostrzegają, że ta dynamika wzmacnia tajskie kalkulacje: jeśli Waszyngton nie inwestuje mocno, zbyt ścisłe opowiedzenie się po jego stronie przeciw Chinom niesie większe ryzyko niż korzyści.

Co ta zmiana oznacza w praktyce

Dla czytelników próbujących ocenić skutki w realnym świecie, kilka scenariuszy pokazuje stawkę:

Scenariusz 1: Kryzys w Cieśninie Tajwańskiej

Jeśli napięcia wokół Tajwanu przerodzą się w zbrojną konfrontację, amerykańscy planiści muszą zdecydować, gdzie rozmieścić siły i gdzie je tankować. W poprzednich dekadach tajskie bazy prawdopodobnie byłyby częścią zestawu narzędzi.

Dziś Bangkok stanąłby przed bolesnym wyborem: narazić się Pekinowi albo gościć amerykańskie operacje. Większość specjalistów spodziewa się, że Tajlandia zachowa dystans - być może dopuszczając wsparcie humanitarne lub niebojowe - ale unikając wszystkiego, co wyglądałoby na bezpośrednie zaangażowanie.

Scenariusz 2: Rozmieszczenie pocisków w Azji

W miarę jak Waszyngton wprowadza nowe konwencjonalne pociski mające odstraszać Chiny i Koreę Północną, poszukuje regionalnych partnerów bazowania. Japonia i Filipiny są kandydatami w publicznej debacie.

Tajlandia natomiast jest powszechnie postrzegana jako opcja nie do uruchomienia. Udzielenie zgody namalowałoby cel na tajskiej ziemi i nadwyrężyło relacje z Chinami. To zamyka centralny, potencjalnie użyteczny obszar startowy w kontynentalnej Azji Południowo-Wschodniej.

Kluczowe pojęcia i dynamiki warte zrozumienia

Dwa pojęcia pomagają ująć trójkąt Tajlandia–USA–Chiny:

  • Lawirowanie (hedging): Mniejsze państwa często unikają jednoznacznego opowiedzenia się po stronie jednej z wielkich potęg. Biorą korzyści bezpieczeństwa od jednego, a gospodarcze od drugiego, licząc na utrzymanie bliskości obu bez pełnego zobowiązania wobec któregokolwiek. Polityka Tajlandii w ostatnich latach pasuje do tego wzorca.
  • Minilateralizm: Zamiast dużych globalnych sojuszy państwa budują małe, ukierunkowane grupy, takie jak AUKUS czy QUAD. Mogą działać sprawnie, ale też pomijają graczy regionalnych, tworząc mozaikę zobowiązań i luk.

Dla Tajlandii lawirowanie wygląda racjonalnie. Chiński handel i turyści podtrzymują wzrost, podczas gdy sojusz z USA daje prestiż, szkolenia i odległe zabezpieczenie bezpieczeństwa. Dla Waszyngtonu lawirowanie sojuszników tworzy niepewność w planowaniu kryzysowym i komplikuje wysiłki na rzecz prezentowania jednolitego frontu przeciw przymusowym działaniom Chin.

Ryzykiem jest powolna erozja nawyków współpracy. Mniej transakcji na amerykańskie uzbrojenie najwyższej klasy, ograniczona wymiana wywiadowcza oraz coraz więcej chińskiego sprzętu w tajskich hangarach przesuwają relację w stronę luźniejszej, mniej pewnej formy. Nic nie pęka spektakularnie, ale dawne założenia, które wiązały się z etykietą „traktatowego sojusznika”, przestają obowiązywać.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz